Mieszkaliśmy razem – nie za długo, nie za krótko. W sam raz, żeby zrozumieć, że wspólne życie nie jest dla nas. Wyprowadził się. A potem nasze drogi znów się przecięły. Trochę miłości łapałam w locie, trochę czułości w łóżku.
Nagle zdecydowałam się na ostateczne rozstanie. Tak po cichu, bez awantur, bez sporu. No może spór był, ale pomiędzy moim sercem i rozumem.
Serce wierzyło, że dam radę trwać przy Americo mimo wszystko. Rozum próbował tę miłość obrócić w popiół, który wiatr powinien rozwiać pomiędzy poniedziałkiem a niedzielą. Mijały tygodnie, potem miesiące. Nie wiem nawet, kiedy minął pierwszy rok bez jego obecności.
Kiedy emocje się uspokoiły, podjęłam decyzję o wyjeździe. Postanowiłam zamieszkać we Włoszech.
Nie wiedziałam jak. Nie miałam planu, ale miałam pewność, że chcę innego życia. Chcę dla siebie dolce vita i sama zdecyduję, co to znaczy. Czułam, że mam wybór i wybiorę to, co dla mnie w danym momencie najlepsze. Zrobiłam pierwszy krok i po nim wszystko nabrało sensu i realności.
Dziś jestem na urlopie w Kalabrii. I zaraz minęłyby dwa lata od rozstania z Americo, ale nie zdążyły.
Naturalnie nigdy o nim nie zapominałam, nie przestałam za nim tęsknić. Przez miesiące udowodniłam sobie jednak, że potrafię żyć, planować, marzyć, jeździć do Włoch, pisać książki, śmiać się i budować przyszłość także wtedy, gdy jego nie ma obok. Nauczyłam się żyć z tą miłością zamiast wokół niej.
Byłam przekonana, że historia z Americo należy już do przeszłości. Nie zamierzałam do niej wracać. Tylko że życie bardzo rzadko konsultuje swoje plany z naszymi decyzjami.
Kilka romansów później, kilka fałszywych alarmów i pewności, że to nie ten… gdzieś w okolicy kwietnia, czyli rok i osiem miesięcy od naszego definitywnego rozstania, spotkałam go. Zanim tak się stało, odszukał mnie na Instagramie i TikToku. Czasami coś napisał, coś polubił, zapytał o moje samopoczucie. Potem nasiliły się przypadkowe spotkania: a to w sklepie, a to na ulicy, a to nagle szedł obok mojego domu. Istnieje taka teoria psychologiczna, że ludzie, którzy często się spotykają, na przykład sąsiedzi, zaczynają darzyć się większą sympatią tylko dlatego, że regularnie pojawiają się w swoim otoczeniu. Uległam więc tej teorii i pomyślałam sobie: a może tak do niego napisać, a może zaprosić go na jedną noc? Przecież zaraz wyjadę z Trewiru. Mieć go jeszcze raz obok siebie, patrzeć na niego z bliska, może ożywić wspomnienia…

Jak pomyślałam, tak i zrobiłam. A on przyszedł. Taki mój. Taki czuły. Szczęśliwy. Jakby czas nie miał znaczenia. Jakby od naszego ostatniego kochania minął tydzień, może miesiąc, a nie prawie dwa lata. Jakby ktoś na moment cofnął zegar tylko po to, żebym mogła się w nim jeszcze raz zatracić. Nie pytałam, czy warto. Nie kalkulowałam, nie oceniałam, nie negocjowałam z przyszłością. Wystarczyło mi, że znów był obok.
A dziś, trzy miesiące od ponownego wejścia do tej samej rzeki, szukam słów, żeby opisać to, co czuję. I chyba już je znalazłam. Rozczarowanie. Nie nim. Sobą. Bo najgorsze nie było to, że on wrócił taki sam. Najgorsze okazało się to, że ja wróciłam dokładnie taka sama – mimo że obiecywałam sobie, że już nie wrócę. Bo przecież wiedziałam, jaki jest. Wiedziałam, że czas go nie zmienił. Wiedziałam, że nadal będzie żył po swojemu, bo sam powtarzał, że na chwilę obecną jest dobrze tak, jak jest. A jednak jakaś część mnie uwierzyła, że tym razem będzie inaczej.
Krzyczę więc sama na siebie. Ganię się za naiwność.
I co?
Naprawdę myślałam, że się zmienił? Że tak boleśnie za mną tęsknił? Że przez te wszystkie miesiące kochał mnie każdej minuty, w której nas nie było?
Czuję, jakby rzeczywistość spotkała się z marzeniem i okazało się, że nie idą tą samą drogą.
Znowu poczułam się nieważna. Jakbym była ostatnia na liście. A przecież obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie oddam nikomu prawa do decydowania o tym, ile jestem warta.
Moje myśli przepływały przez umysł w nieładzie i dręczyły ego. Nawet rozmowy z Robertem nie przynosiły ukojenia. Od czasu do czasu skarżę mu się na własną niestabilność uczuć do Americo, a on, jak zawsze, cierpliwie wysłuchuje moich kolejnych miłosnych katastrof.
– Wiesz, jak tak na niego patrzyłam, nie mogłam zrozumieć, za co ja go kocham. Tego, który stoi po drugiej stronie mojej ciasnej ulicy, spóźniony o dwie i pół godziny, wypity i na bank zjarany ziołem. Z tymi oczami jak dwa świetliki, które właśnie rozświetlają moje życie… Tak samo jak wtedy, gdy stał przede mną w kolejce do kasy, wymięty, jakby życie zdążyło go już trochę przeżuć. I mimo to go kochałam. Nawet jeśli gdzieś w środku pojawiało się ciche zażenowanie, że w takim stanie umieściłam swoje uczucia.
Robert przerwał mi pośpiesznie, zanim zaczęłam jeszcze bardziej oskarżać ziemską powłokę obiektu moich westchnień.
– No właśnie, Wioletta, to tylko ciało. Wychodzi na to, że ty, jak to mówisz, kochasz w nim coś innego.
– Hm, innego… – zamyśliłam się na chwilę. – No tak, tylko co to jest to inne i jak można kochać kogoś, kto powoduje, że smutek jest zaplątany w uśmiechu, że nerwy przykrywa myśl: przecież i tak zaraz wyjadę, że… Robert, cholera jasna, przecież nie koloryzuję. Nie wierzę, że kiedyś przyjdzie i mi się oświadczy, że będę ważniejsza niż lampka wina w męskim towarzystwie czy joint po południu i zmęczenie, które po jego wypaleniu kładzie go do snu – krzyczałam mu niemal w twarz, jakby to on był winny stanu, w jakim się znajdowałam.
– Łał, łał, wyhamuj, bo zaraz wyrzucisz wszystko, za co go nie cierpisz.
– I dobrze. Może jak go sobie będę obrzydzać każdego dnia, w każdej minucie, może jak na myśl o nim przypomnę sobie, jak wyglądał, wtedy zrobi mi się tak niedobrze, że o nim zapomnę.
– „Może” to dobre słowo. Nie stawia warunków i niczego nie oczekuje…
– Nie czepiaj się drobiazgów – przerwałam szybko, zanim dorwał się do swojej filozofii.
Jednak Robert nie dał za wygraną.
– No wiesz, Wiola, „może” zawsze zostawia otwartą furtkę, przez którą on się wślizguje…
– No tak się wślizgnął i wyślizgać nie może…! – krzyknęłam z bezradności wobec prawdy.
Robert chwycił mnie za podbródek, uniósł go lekko, ściągnął brwi, tworząc lwią zmarszczkę, i bardzo poważnym głosem powiedział:
– Ty mu na to pozwalasz. Ty i twój brak decyzji. Tylko ty nie możesz zdecydować się na mur. Taki, przez który on nie przeszedłby nawet spojrzeniem. Boisz się tej decyzji, bo wiesz, że będzie bolała. Bardziej niż wszystko, co do tej pory próbowałaś odpuścić. Bo w tej decyzji jest pustka, której się boisz. A w twojej głowie on już dawno mieszka. Wżarty w pamięć, wdrukowany w ciało…
Nie mogłam dalej tego słuchać. Bo to nie była już rozmowa. To było odbieranie mi kolejnej iluzji. Odepchnęłam dłoń Roberta i szybko wstałam. Dość. Miałam dość tej prawdy, którą jak zawsze rzygał mi prosto w oczy. Miałam dość tego, że jest taki szczery i że ta szczerość tak cholernie mnie rani. Wstałam i zamiast jak zawsze coś powiedzieć, odpysknąć, poszłam napić się wody. Bo tym razem zamiast łez z rozpaczy zaschło mi w gardle, jakbym to ja przed chwilą wypowiadała ten monolog. I nawet kiedy ugasiłam pragnienie, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Bo co powiedzieć? Zaprzeczyć? Nie. To niemożliwe. Robert miał rację. Tak jak Americo, który pytał mnie, dlaczego orzę sobie mózg, skoro wiem, że on się nie zmieni.
Dlaczego?
Bo jestem uzależniona od huśtawki emocji. Od adrenaliny, która przy nim rośnie. Od kortyzolu, który mnie zalewa. Od jego zapachu i ciała.
O Boże, ale się wkopałam… Tylko to przychodziło mi do głowy.
Wpadłam w americoholizm. On nie był tylko mężczyzną. Był całym systemem emocji, od których zaczęłam czuć się zależna.
Nie wiem, kiedy dokładnie to się zaczęło.
Czy wtedy, gdy pojawił się pierwszy raz i wszystko we mnie się uspokoiło, jakby ktoś na chwilę wyłączył hałas świata?
Czy później, kiedy zniknął na kilka dni i po raz pierwszy poczułam ten niepokój, który wtedy nazywałam tęsknotą?

Czekanie
To ten moment, w którym patrzysz w telefon i nie wiesz, czy on jeszcze wróci do twojego świata, czy już z niego wyszedł.
Mówił: „zaraz przyjdę”.
Przez dwa lata to „zaraz” nie nauczyło się żadnego czasu.
Na początku go tłumaczyłam. Pracuje. Spotkał znajomych. Zasnął. Ma swoje życie. Tylko że lista tych powodów robiła się coraz dłuższa, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że sprawdzam telefon. I wtedy zrozumiałam coś dziwnego: nie czekałam już na niego. Zaczynałam czekać na siebie samą w tym czekaniu. Na dzień, w którym przestanę nasłuchiwać. Bo nie cierpiałam dlatego, że mnie nie kochał. Cierpiałam dlatego, że nie czułam się ważna. A to nie jest to samo. Wiem, że można kochać i jednocześnie nie robić miejsca dla drugiego człowieka w swoim życiu. Wiem też, że Americo nie jest złym człowiekiem. Po prostu moje czekanie nigdy nie było dla niego tak ważne, jak było dla mnie. A ważność mieszka w drobiazgach. W telefonie wykonanym wtedy, kiedy się go obiecało. W wiadomości wysłanej wtedy, kiedy ktoś czeka. W obecności.
I zaufanie. Zaufanie też nie rodzi się ze słów. Rodzi się z powtarzalności. I może właśnie dlatego wciąż próbuję zapamiętać definicję: że „zaraz” nie zawsze coś znaczy, że „później” może nie nadejść, a „wrócę” bywa tylko słowem. Najtrudniejsze jest to, że ja tę lekcję rozumiem. Naprawdę rozumiem. Tylko wciąż nie potrafię się jej nauczyć. No ale cóż… z tabliczką mnożenia też mam trudności.
Moje nic niewnoszące do życia myśli kołatały mi w głowie, a Robert cierpliwie czekał. Dopiero gdy głęboko odetchnęłam, podszedł i objął mnie w pasie. Przyciągnął mnie do siebie nie tylko gestem, ale i spokojem.
– No już, już… przestań się obwiniać. Przytul się…
Odchyliłam głowę, spojrzałam mu w oczy i skapitulowałam. Objęłam go mocno i wtuliłam się na tak długo, aż poczułam, że trochę wracam do siebie. Po chwili odezwała się ta mała dziewczyna we mnie i po cichu wyszeptałam mu do ucha:
– Dlaczego jeszcze nie wymyślono przycisku „zapomnieć”? Dlaczego ja myślałam, że mogę spotkać się z nim na jedną czy dwie noce i nic nie czuć? Matko Boska, sama siebie oszukałam. I to kłamstwo miało bardzo krótkie nogi.
– Wioletta, nie ma nic złego w tym, że nie potrafisz traktować go jak kochanka. Jak kogoś, kto jest na chwilę i znika, bez oczekiwania, że zaraz po wyjściu zadzwoni i powie, że tęskni. Wokół niego uruchamia się twój romantyzm. Wychodzą najgłębsze marzenia…
– Które powinnam tłumić, bo to ja zaproponowałam mu spotkanie bez zobowiązań – przerwałam mu. – I może właśnie tutaj tkwi problem. Bo jeśli spojrzę na to uczciwie, bez dopisywania historii, których nie ma, to okazuje się, że on ma rację. Nie jesteśmy parą. Nie składał mi obietnic. Nie mówił, że będziemy razem. Nie prosił, żebym planowała z nim przyszłość. Jeśli więc mówi „przyjdę później”, a ja czekam, to ja podejmuję decyzję o tym czekaniu. Mogę zająć się swoim życiem. Mogę nie liczyć minut ani nie sprawdzać telefonu. A jeśli jednak siedzę i nasłuchuję, to czy mogę mieć pretensję, że moje „niedługo” znaczy coś innego niż jego?
– Wioletta… – przerwał mi Robert – już przed chwilą to przerabialiśmy. Czego ty ode mnie chcesz? Że tak – prawda wygląda tak, że stoisz jedną nogą w rzeczywistości, a drugą w nadziei. Rzeczywistość mówi: albo akceptujesz zasady tej relacji, albo odchodzisz. A nadzieja szepcze: jeszcze chwilę… może tym razem będzie inaczej.
– I chyba właśnie z tą nadzieją walczę bardziej niż z nim – odpowiedziałam szybko, jakbym chciała uciec przed ciężarem tego zdania. – Bo on jest, jaki jest. Nie ukrywa tego. To ja wciąż próbuję negocjować z faktami, które od dawna leżą przede mną na stole. Jeżeli każę sobie czekać, to nie mogę mieć pretensji, że czekam. Tylko że czekanie daje złudzenie, że jeszcze coś mogę uratować. A odejście wymaga odwagi, której wciąż mi brakuje. I może dlatego tak trudno puścić człowieka, którego kocham. Nie dlatego, że nie widzę prawdy, tylko dlatego, że widzę ją doskonale, a mimo to wciąż chciałabym, żeby okazała się nieprawdą. – Zamknęłam oczy. I wtedy zrozumiałam coś najgorszego: że sama odebrałam sobie ostatnią wymówkę.
A najtrudniejsze nie jest wysłuchanie prawdy. Najtrudniejsze jest wypowiedzenie jej własnym głosem.
To nie był pierwszy raz, kiedy na niego czekałam. I nie był to pierwszy raz, kiedy następnego dnia tłumaczył, że chciałby przyjść, ale jest zbyt zmęczony. Tak samo jak nie pierwszy raz siedziałam sama ze swoim rozczarowaniem, próbując przekonać siebie, że przecież nic wielkiego się nie stało. Tylko że tym razem coś we mnie pękło. Nie dlatego, że nie przyszedł. Nie dlatego nawet, że znowu wybrał sen, znajomych czy własne zmęczenie. Pękło we mnie dlatego, że nagle zrozumiałam, jak bardzo przyzwyczaiłam się do tłumaczenia zachowań, które mnie raniły.
I zaczynało się to zawsze tak samo:
Miał ciężki dzień.
Jest zmęczony.
Nie umie okazywać uczuć.
Nie miał czasu odpisać.
Ma dużo na głowie.
I za każdym razem mówiłam to tak, jakby jedno zdanie mogło unieważnić poprzednie. I każde z tych wyjaśnień mogło być prawdziwe. Jednak problem pojawiał się wtedy, gdy wyjaśnienia zaczynały zastępować rzeczywistość. Gdy zamiast patrzeć na powtarzające się zachowanie, skupiałam się na jego powodach. Wtedy nie widziałam już własnego smutku ani rozczarowania. Zaczynałam bardziej chronić jego obraz niż siebie. Im bardziej kogoś kochasz, tym łatwiej wpaść w tę pułapkę. Bo przyjęcie prawdy boli.
Dlatego czasem przez miesiące, a nawet lata, tłumaczymy rzeczy, których tak naprawdę nie umiemy już zaakceptować. Nie dlatego, że jesteśmy naiwni, tylko dlatego, że tkwimy w tym emocjonalnie. Napisałam więc wiadomość. Krótką, spokojną, bez awantury. Poprosiłam go, żeby nie przychodził już do mnie tak późno. Żeby nie przychodził zmęczony ani w żadnym innym stanie, w którym ledwo był obecny. Nie pisałam jednak o godzinach ani o zmęczeniu. Próbowałam powiedzieć coś znacznie ważniejszego: że coraz trudniej jest mi być dodatkiem do jego dnia zamiast jego częścią. I że nie chcę już czekać na progu drzwi jego priorytetów.
Dwa dni później wyjechałam na swój wymarzony urlop.
On czekał na zabieg. A potem… napisał.
– Robert, on rozwala mój system – mówiłam, niby narzekając, ale moje uradowane serce nie potrafiło utrzymać uśmiechu na wodzy. – Nie tylko zaczął pisać, jakby nigdy nic, ale… no wiesz, pewnie po narkozie go jeszcze trzymało, pewnie miał chwilę słabości, ale napisał, że tuż przed zabiegiem myślał o mnie. I zaraz po nim też…
Nie zdążyłam dokończyć.
– Już skończyłaś czy dopiero się rozkręcasz? – Ton Roberta nie pozostawiał złudzeń, że nie zamierza milczeć. – Wiola, powiedz mi jedną rzecz. Was naprawdę to kręci? To ciągłe rozstawanie się na dwa, trzy dni? Ta walka, kto dłużej bez kogo wytrzyma? Kto pierwszy napisze? Kto komu bardziej dopiecze? – Robert nie był zły, że znowu na pierwszym planie pojawił się Americo. Był zły na mnie. Na to, że siedzę na wymarzonym urlopie, oglądam miejsca, które chciałam zobaczyć od lat, jem kolacje pod włoskim niebem, a cała moja uwaga znowu kręci się wokół jednego mężczyzny. Mężczyzny, który akurat nie chce mnie tak, jak ja chciałabym być chciana.
– Wiesz co? – kontynuował. – Ja ci teraz coś powiem. Ty idź do psychologa. Najlepiej razem z nim.
– Robert…
– Nie, teraz ty słuchaj. Bo albo wy się naprawdę kochacie do szaleństwa i żadne z was nie umie bez siebie żyć, albo oboje jesteście uzależnieni od tej emocjonalnej karuzeli. Od tęsknienia. Od czekania. Od tych kilku chwil bliskości, które potem karmią was przez kolejne tygodnie.
Chciałam coś powiedzieć, ale nie dał mi dojść do słowa.
– Jedna wiadomość od niego i już świecisz jak latarnia morska. Jedno ti voglio bene i nagle zapominasz o wszystkim, co cię bolało. Matko Boska, Wiola…
Nie czekałam na dalsze kazanie. Rozłączyłam się. I siedziałam jak zamurowana. Bo najgorsze było to, że część mnie wiedziała, że ma rację. Psychologia nazywa to idealizacją, selektywną uwagą i nadzieją podtrzymywaną przez nieprzewidywalność. Kiedy jedna wiadomość przesłania tydzień ciszy. Jedno czułe słowo zagłusza rozczarowanie. Jeden dobry moment sprawia, że znowu wierzymy.
Mój rozum zaczął zbierać dowody, że nic się nie zmienia. Że to tylko słowa, że znam ten scenariusz na pamięć. Serce natomiast zachowywało się tak, jakby wydarzyło się coś zupełnie nowego. Jakby jedno zdanie mogło wymazać miesiące rozczarowań. Jakby jeden komunikat mógł unieważnić wszystkie poprzednie. Jakby tym razem naprawdę miało być inaczej.
Dwa dni później Robert, jakby nigdy nic, zadzwonił i zapytał:
– No i jak ci na tej Kalabrii? Słońce w dupcię piecze?
– Tak, nawet w głowę. Bo wczoraj chciałam się kochać do szaleństwa, całować tak namiętnie jak nigdy dotąd. Chciałam być pieszczona i pieścić cudze ciało. Ciało mi nieznane, obce, nagłe w moim życiu. Zatracić się w miłości seksualnej tak bardzo, żeby zapomnieć…
Robert przerwał mi tę wyliczankę.
– To czemu tego nie zrobiłaś?
– A z kim? Miałam temu kelnerowi wyszeptać do ucha, czy chce się ze mną zatracić?
– Czemu nie? Przecież nikt cię tam nie zna. I tak stamtąd wyjedziesz.
– Och, Robert… na to jestem zbyt dumna. I zbyt…
Zawahałam się.
– Zbyt zakochana…
– Może…
– Wciąż? Pomimo tego, że powiedział ci, że między wami nie ma związku? Pomimo tego, że dał ci do zrozumienia, że nie planuje wspólnej przyszłości? Pomimo tego, że nie budzi się rano z myślą, żeby do ciebie napisać? Nie dzwoni wieczorem tylko po to, żeby usłyszeć twój głos? Nie szuka powodów, żeby spędzać z tobą czas? Powiedz mi, Wiola, czego ty jeszcze potrzebujesz, żeby uwierzyć w to, co on pokazuje ci od miesięcy? Kiedyś zachowanie takiego faceta wręcz pchnęłoby cię w ramiona innego. A teraz… Coś się z tobą dzieje? Coś jest nie tak.
Myślałam, że skończył, ale po głębokim oddechu mówił dalej. Jego słowa cięły mnie jak żyletki. Nie przerywałam. Może dlatego, że czułam, iż Robert wypowiada na głos wszystko to, przed czym próbuję uciec.
– Kobieto, ogarnij się. Ta relacja nie jest dla ciebie. Nie dlatego, że on jest zły. Nie dlatego, że cię oszukuje. Tylko dlatego, że ty chcesz czegoś, czego on nie chce. Ty chcesz być częścią czyjegoś życia, a nie dodatkiem do niego. Chcesz być kobietą, do której dzwoni się bez powodu. Kobietą, którą zabiera się na kawę, spacer czy kolację. Kobietą, o której myśli się wtedy, gdy akurat nie stoi obok. A on chce czegoś zupełnie innego. I wiesz, co jest najgorsze? Że wy oboje doskonale o tym wiecie. On wie, czego chce. Ty też. Tylko wasze chcenia nie spotykają się w tym samym miejscu. A ty od miesięcy próbujesz przekonać rzeczywistość, żeby była inną, niż jest.
– Koniec, już koniec, proszę, masz rację. I obiecuję, gdy przyjadę, pójdę się leczyć…
Robert szybko zrozumiał, że już dłużej nie dam rady tego słuchać i na dziś temat Americo został skończony. Nastała niezręczna cisza, której nikt nie miał odwagi przerwać. Zrobiło się cicho i spokojnie. Kilka oddechów później bardzo zwyczajnie zaczął pytać o kolor morza i nieba. Jakby nic się nie działo. Jakby mój świat nie był rozpięty między jednym rozmówcą a drugim milczeniem. Pożegnaliśmy się.
Jednak Robert, znając mnie od lat, nie mógł zasnąć. Ja też nie. Około godziny później napisał: „Co się dziś stało, Wiola?”.
A ja tak bardzo się wstydziłam odpisać, że długo tylko patrzyłam w ekran. Wyszłam na taras, zaciągnęłam się papierosem i w końcu napisałam: „Nadzieja, prawda, rzeczywistość, naiwność… i pytanie, które warto sobie zadać. I nie, nie brzmi ono: czy on mnie kocha, czy mu zależy, czy będziemy razem. Najtrudniejsze pytanie brzmi: dlaczego tak bardzo potrzebuję, żeby sprawił, że poczuję się ważna? Robert… kocham Americo, ale skoro rok i osiem miesięcy potrafiłam bez niego żyć, oddychać, planować swoją przyszłość, tańczyć, śmiać się, to teraz też będę mogła. Nie jest pępkiem mojego świata. Ja dla niego też nie”.
Robert odpisał krótko: „Chcesz powiedzieć, co zrobił?”.
„Nic. Nic wielkiego. Po prostu zapomniał, że miał do mnie zadzwonić…”
Przeczytał i przez chwilę nie odpisał. Tylko ta cisza po drugiej stronie była inna niż zwykle. Nielekka. Nieobojętna. Tylko taka, która już niczego nie poprawia.
W końcu przyszła wiadomość:
„Buona notte, Wiola”.
I nic więcej.
Tylko noc.
Zwykła.
Obca.
Jakby wszystko, co właśnie we mnie pękało, miało po drugiej stronie telefonu idealny porządek dnia.
Odstawiłam telefon. Przez chwilę patrzyłam w kalabryjskie niebo, jakby miało mi powiedzieć coś, czego on już nie powiedział.
Jednak nie rzekło nic.
KONIEC

Wioletta Klinicka
