Rozwój osobisty miał pomagać budować lepsze relacje i większą świadomość. Dlaczego więc coraz częściej prowadzi do odcięcia od ludzi, samotności i emocjonalnej wygody ubranej w język granic i „pracy nad sobą”?
Jeszcze kilkanaście lat temu rozwój osobisty kojarzył się z czymś szlachetnym. Z próbą zrozumienia siebie, poprawą relacji, wyjściem z życiowego chaosu. Dziś coraz częściej przypomina… wyścig.
Wyścig o to, kto szybciej „podniesie swoje wibracje”, kto skuteczniej „odetnie toksycznych ludzi”, kto lepiej „postawi granice” — nawet jeśli te granice zaczynają przypominać mur, przez który nie da się już nikogo wpuścić.
I w tym miejscu rodzi się pytanie, które coraz trudniej zagłuszyć:
czy rozwój osobisty naprawdę nas rozwija, czy raczej uczy nas coraz doskonalszego egocentryzmu?
Współczesna kultura rozwoju ma jedną cechę, która powinna niepokoić: upraszcza człowieka do emocji chwili.
Jeśli coś jest trudne — jest „toksyczne”.
Jeśli ktoś wymaga — jest „narcystyczny”.
Jeśli relacja boli — trzeba „odpuścić”.
I tak powoli człowiek przestaje uczyć się życia w relacji, a zaczyna uczyć się życia w odcięciu.
W efekcie powstaje nowy typ osoby „rozwiniętej”:
I to jest moment, o którym rzadko się mówi wprost:
nie każdy rozwój prowadzi do dojrzałości. Czasem prowadzi do emocjonalnej wygody ubranej w ładne słowa.
Nie sposób pominąć jeszcze jednego elementu: rozwój stał się branżą. A branża rządzi się prostą zasadą — ma się sprzedawać.
🔸Dlatego nie sprzedaje się już procesu. Sprzedaje się skrót.
🔸Nie sprzedaje się relacji. Sprzedaje się „odcięcie od toksycznych ludzi”.
🔸Nie sprzedaje się pracy. Sprzedaje się „transformację w 21 dni”.
I gdzieś pomiędzy tym wszystkim znika coś bardzo niewygodnego dla całej tej narracji:
prawda, że prawdziwa zmiana jest wolna, niewygodna i często nie daje ulgi — tylko konfrontację.
Ale to właśnie dlatego jest prawdziwa.
Dziś niektóre przestrzenie rozwoju nie uczą życia. Uczą marketingu emocji. I sprzedają ulgę w opakowaniu „świadomości”.
Czy naprawdę o to chodziło?
Bo gdzieś po drodze coś się przesunęło.
Rozwój osobisty miał uczyć:
A coraz częściej uczy:
I coraz częściej daje do tego moralne alibi.
Bo wystarczy powiedzieć: „wybieram siebie” i już nie trzeba tłumaczyć samotności, braku relacji, ani tego, że coś przestało być budowane — bo zostało odcięte.
Czy to jeszcze rozwój, czy już nowa forma wygody?
I może warto zadać pytanie, które dziś brzmi niemal jak prowokacja:
czy rozwój osobisty jeszcze nas łączy z życiem — czy już tylko pozwala od niego uciec w bardziej elegancki sposób?
Bo jeśli każda niewygoda staje się „toksycznością”, a każda relacja „energetycznym obciążeniem”, to nie rozwijamy się.
My po prostu tworzymy świat, w którym coraz łatwiej jest odejść niż zostać.
Z miłością – Wiola
#StylWioletty
W artykule: ➡️Do czego służy rozwój osobisty, poznasz moją historię i dowiesz się, że:
"W branży rozwoju osobistego spotykamy czasami ludzi, którzy wykorzystują moment naszego rozchwiania emocjonalnego, kiedy znajdujemy się pod wpływem dopiero co minionych traumatycznych wydarzeń i nie możemy racjonalnie kalkulować. W takich chwilach, kiedy przeżywamy kryzys tożsamości, czujemy zagubienie i brak obiektywnej oceny rzeczywistości, łatwo jest dać się zmanipulować. Czasami czujemy się tak, jakby nasza wewnętrzna transformacja była w zasięgu ręki, ale pod wpływem tej manipulacji zaczynamy gubić się w oczekiwaniach. Warto być świadomym, że nie każda osoba, która przychodzi do nas z pomocą, ma na celu nasze dobro, często kieruje się tylko własnymi korzyściami.
Okazuje się, że tacy ludzie mogą być dla nas zarówno nauczycielami, jak i manipulantami, którzy grają na naszych emocjach, by osiągnąć własne korzyści. Manipulacja w rozwoju osobistym nie jest czymś, co spotyka nas tylko raz. Wiele osób daje się wciągnąć w ten cykl, nie zdając sobie sprawy z tego, że tak naprawdę ich droga do rozwoju może być używana jako narzędzie do kontrolowania ich życia."
Zapraszam, do przeczytania całego artykułu ⤴️.

Wioletta Klinicka
